RSS
sobota, 26 maja 2012
Kultura piłkarsko-jarmarczna
Muszę przyznać, ze jarają mnie do nieprzytomności te wszystkie obrzędowe zachowania. Dusza pogańska do głosu dochodzi, każe się przebierać w stroje liturgiczne, malować na twarzy barwy wojenne i iść dumnie z pieśnią religijną na ustach. Fascynuje mnie ta kultura dziczy, gdzie intelekt schodzi na drugi plan, a emocje kotłujące się we mnie w nadmiarze mogą znaleźć w końcu ujście. Dlatego uwielbiam wszelkie Mistrzostwa. W zależności od meczu, obieram sobie tymczasowe małe bóstwo i całym sercem jestem za jego kapłanami, biegającymi po boisku wśród wrzasków swych wyznawców. Poważnie — jara mnie to skrajnie. Mam tę swoją chwilę w życiu, oddech głębszy, odpoczynek od przeintelektualizowanych sporów, rozważań, analiz, od świata podmiotu i przedmiotu, języka, którym powinnam władać biegle, a którego wciąż do końca nie rozumiem, presji otoczenia i konieczności umysłowego oddania. Mam swój czas obrzędu — dwurok liturgiczny zatacza koło, znów nadchodzi w moim życiu Święto. Pełne emocji, pełne małych radości i małych nienawiści. I choć przez resztę roku raz w tygodniu następuje moja Sportowa Niedziela, a jak i dobry los pozwoli, także w tygodniu Europejskie Nabożeństwa, to ten czas Mistrzostw jest dla mnie jak wakacje od życia. Codzienny udział w Festynie — istny odpust. I jak tego nie kochać?
14:17, be-ironic
Link Dodaj komentarz »