|
|
piątek, 13 maja 2011
Złoty pierścionek
Ostatnio bywam często w Książnicy. W drodze do miejsca męki
mijam sklep jubilerski i wystawy obłożone pierścionkami. Od razu przypominam
sobie cały szereg koleżanek z pierścionkami zaręczynowymi i na samą myśl robi
mi się nieciekawie. Nienawidzę pierścionków. W ogóle biżuterii nie lubię. Na
jaką więc cholerę miałabym się męczyć dla zwykłego symbolu, tradycji utkwionej
w umysłach społeczeństwa i biegać z czymś na palcu, co do szału by mnie
doprowadzało? Żeby się chwalić, że mnie też ktoś zechciał? Albo obrączki — kupa
kasy, a i ja tego nosić nie chcę nad życie, ani tym bardziej mój On. Sama wizja
mojego mężczyzny ukochanego z pierścionkiem na palcu wywołuje ciarki okropne,
wstręt w duszy i jestestwie całym. Czy w ogóle bierze się śluby bez obrączek?
Trochę głupio, ale do cholery, po co mi to kółko obrzydzenie budzące? I w ogóle
z jakiej racji mój On miałby mi kupić pierścionek zaręczynowy? On wyda kupę kasy,
a ja będę ładnie wyglądała? Nie pasuje mi to w żaden sposób.
Jestem w związku skrajnie partnerskim. Jestem gender i odkręcam
butelki. Nie mam problemów z gotowaniem, wychodzi mi to całkiem nie najgorzej i
wolę zrobić jedzenie sobie i mojemu mężczyźnie, niż umrzeć śmiercią głodową,
zanim mój On zrobi mi kanapkę z serem. Krępuje mnie jak mężczyzna za mnie płaci,
bo wolę wydać na siebie satysfakcjonującą mnie ilość pieniędzy i nie narażać nikogo
innego na koszty, bo z jakiej racji? Mój On także nie widzi innej możliwości,
Bogu dzięki. Jako że od dzieciństwa niemal propaguję idee równościowe, z
niebotyczną łatwością przychodzi mi realizowanie praktyczne — pierwsze
przechodzi w drzwiach to z nas, któremu bliżej, siada to z nas, które jest bardziej
zmęczone. Bardzo mi to odpowiada i naprawdę czułabym się źle w każdym innym układzie.
Byłoby to po prostu sprzeczne z moimi przekonaniami i naturą.
Będziemy nowocześni, postępowi i progender. Nie będziemy nosić
obrączek. Będziemy mieć koty zamiast dzieci i osobne konta w banku. Nie zrobimy
wesela, na które przyjdą ludzie, których nie lubimy albo nie widzieliśmy całe
życie, ale zaprosimy ich, bo łączą nas jakieś więzi pokrewieństwa.
Będziemy też
żyć długo i szczęśliwe. Bo tak.
niedziela, 01 maja 2011
piątek, 15 kwietnia 2011
O pamięci i słów banalności
22 rocznica Hillsborough. Master zorganizował akcję uzbieranie
96 wypowiedzi kibiców, co to dla nas znaczy, jakie uczucia w nas rodzi
wspomnienie tragedii. Okazuje się, że zebrać ciężko, ciężko zmusić ludzi, żeby
napisali coś od siebie. Sama nie wychylałam się zbytnio, póki Master bezpośrednio
się do mnie nie zwrócił. Dlaczego tak jest? Dlaczego wszyscy nie rzucili się do
opisywania tego, co przecież dla każdego kibica Liverpoolu i nie tylko jest ważne?
Bo wszystko brzmi banalnie. Bo to, co proste i prawdziwe stało
się utartym zwrotem, mało oryginalną wypowiedzią, wszystko brzmi jak tanie
frazesy. Ble, ble, ble, już to słyszeliśmy, równie dobrze każdy może zrobić kopiuj-wklej.
Dokładnie to samo jest z kocham cię, jesteś dla mnie wszystkim,
nie wyobrażam sobie życia bez ciebie. Osłuchane, zbanalizowane. Ale niech się każdy
zastanowi nad znaczeniem tych słów. Jaką one mają moc, jakie zaangażowanie w
sobie kryją. Przez to, ze ciągle są rzucane bezmyślnie, straciły swoją siłę wyrazu.
A błąd. Bo jeśli mówię, że nie wyobrażam sobie życia bez kogoś, to mam to na myśli.
Bo jakby tej osoby zabrakło, nie widziałabym sensu w egzystencji, stałabym się pustą
powłoką. A że jakiś debil podobne wyznania czyni nie mając tego na myśli, to już
jego pieprzona sprawa. Widać jest nieszczęśliwy, bo nie doświadczył nigdy
uczucia tak silnego, żeby wiedzieć, że pewnych słów nie powtarza się dwóm różnym
osobom. I ja z powodu nagromadzenia na świecie podobnych idiotów nie powinnam
cierpieć i się przejmować jak banalnie brzmię. Bo w przypadku uczuć liczy się wartość
wypowiedzi, a nie oryginalność jej wyrażania.
Dlatego nie bójmy się mówić i pisać banałów. Piszmy to samo,
w tych samych słowach, piszmy to, co czujemy. To, co nam przychodzi na myśl,
gdy widzimy liczbę 96, jak ściska nam się gardło, gdy wpatrujemy się w nigdy
nie gasnący płomień na Hillsborough Memorial, gdy łzy same płyną do oczu
podczas oglądania dokumentu o tragedii. Dokumentu, którego nigdy nie obejrzałam,
bo się boję. Bo płaczę jak dziecko za każdym razem, kiedy czytam opis tragedii.
Zobaczenie tego będzie nie do zniesienia.
Wpatruję się w wiszący na ścianie szalik z okazji 20. rocznicy
Hillsborough. Wpatruję się codziennie, pamiętam, czuję żal i wciąż nie mogę zrozumieć,
jak mogło dojść do tak wielkiej tragedii. Napisałam kilka słów w ramach akcji
Mastera. Wcale nie siliłam się na oryginalność, bo po co? Mam nadzieję, że
jeszcze kilka osób ruszy tyłki i zrobi to samo.
A więc, drogi kibicu, co czujesz myśląc o Hillsborough? Co
dla Ciebie oznacza data 15 kwietnia '89?
http://www.facebook.com/home.php#!/event.php?eid=166062816783122
poniedziałek, 21 marca 2011
Spring Awakening
Jako rasowa czarownica z rodowodem i szeroko rozbudowanymi
tradycjami rodzinnymi w tej dziedzinie, wyczarowałam sobie pieniądze. W dniu, w
którym pomyślałam, że ogłoszenia liczne gówno mi dały, dostałam szalone
zlecenie na kwotę tak dla mnie abstrakcyjną, że aż głupio. Roboty dużo, ale
wynagrodzenie jakże znaczne. Poza tym kolejna matura, kolejna praca pisemna,
kolejne korepetycje i naprawdę — komu by się chciało robić „w handlu”, skoro
ludzie chcą rzucać we mnie pieniędzmi w zamian za wykorzystanie odrobiny mojego
intelektu? Szalenie mi to na rękę.
Szkoda, że nie jest to stała forma zarobku. Cholerna szkoda.
Egzystuję więc tymczasowo między uroczymi terminami, piszę na
zaraz-teraz, może i rzeczy mało kreatywne w większości, ale zawsze jest to
obcowanie ze słowem pisanym. Pisanym przeze mnie.
Dodatkowo, zaczęłam kolejną książkę. Będę kontynuować, jak
już zyskam wiedzę teoretyczną. A zyskam ją w tym semestrze. Mój
niekwestionowany geniusz pisarski + niekwestionowane zboczenie i geniusz wyobraźni
mojego osobistego mężczyzny z pewnością zaowocują dziełem wybitnym. Albo przynajmniej
będą motorem napędowym podobnych projektów i dzieł wybitnych w przyszłości, co
daje piękne perspektywy mieszkania w czymś nieco powyżej kontenera na kółkach. Dream
on.
Garderoba uzupełniona.
Jest coraz cieplej.
Mam koleżanki(sic!).
Można by rzec, że generalnie jest całkiem nieźle.
Oczywiście poza rzeczami kompletnie normalnymi, takimi jak
uczelnia.
Oraz sprawą dla mnie bardzo istotną, moim wielkim osobistym zmartwieniem,
którym nie mam zamiaru dzielić się z mniej określonym światem. Bardzo ciężko mi
o tym nie myśleć i się nie martwić, bo godzi to w moje najbardziej rozwinięte lęki
i szalenie mnie dobija. Rozważam kolejny powrót na łono Kościoła(od którego z
dnia na dzień coraz bardziej się oddalam), żeby wszystko skończyło się dobrze.
Właściwie to musi, nie ma innego wyjścia.
Gdyż jestem skazana na wiekuiste szczęście.
Rzekłam.
poniedziałek, 14 lutego 2011
Oczywiście — Walentynki
Oczywiście, Walentynki wedle swej niespisanej definicji,
musiały być uberchujowe. Ultrachujowo się zaczęły, przebiegały, z minuty na
minuty były gorsze i kończą się obecnie wcale nie lepiej. Co prawda już odpuściły
wszystkie możliwe negatywne emocje, które dzisiaj towarzyszyły memu jestestwu,
jednak na ich miejsce wskoczyła obojętność tak lodowata, że pogoda za oknem może
jej naskoczyć. Jebie mnie wszystko dokumentnie.
Zaczęło się od tego, że, jak to również bywa w Walentynki,
zostałam wyruchana. Dogłębnie, mocno i brutalnie. Zostałam wyruchana przez dr. Dukana.
Zaufałam temu skurwysynowi, choć przecież doskonale wiem, że wszystko, co
francuskie jest marne. Jak widać, zaćmienia mózgu zdarzają mi się nieustannie. Zwalę
więc na owo zaćmienie. Z końcem lutego skończę tę żałosną zabawę.
Traf chciał, że ów gwałt, bo o dobrowolnym stosunku nie ma
tu mowy, zadziałał jako swoisty napęd i zafundował mi takie kurwa przeżycia, że
nie mogłam oddać się nawet wyjątkowo bezmyślnym czynnościom jak oglądanie
seriali. Nie mogłam skupić się na wyjątkowo wciągającej książce, wciąż we łbie
mi krzyczały szalenie pochmurne myśli i nie było rady — zima, nie zima, wiatr,
mróz, zbliżający się mrok nieistotne — wyszłam z domu, bo kurwa nie mogłam. Wstrząsnęła
mną lawina negatywnych emocji skierowanych we wszystkie możliwe strony, głównie
zaś w kierunku mnie samej. Zjebałam się od góry do dołu i pierwszy raz w życiu
podczas spaceru ani razu nie pogalopowałam wyobraźnią niesiona przez fantazję,
tylko robiłam staranny rachunek sumienia, żal za grzechy i doszłam do tego, że
brak mi pomysłu na poprawę. Kolejny raz szlag ciężki mnie trafił, że nie mam
komu się wygadać, bo Bogu dzięki jestem mądrzejsza o świadomość, że każde słowo
zostanie bez wątpienia obrócone na moją solidną niekorzyść, gadałam więc do
siebie. Autentycznie szłam i na głos wyrażałam, co mi leży na sercu. Oczywiście
upewniwszy się, ze nikt mnie nie słyszy.
Krocząc tak wybrałam się na randkę z miastem. Bo jak już Walentynki
idą pełną parą, to nie szkodzi ich dopełnić i randką. Przełaziłam więc parku,
odwiedziłam Zamek(kolejna refleksja), oczyma duszy wysadziłam ładogę kulą z
zamkowej armaty, polazłam oczywiście na Łasz i pośpiewałam sobie, że kocham
Szczecin jak żadne z innych miast. Oczywiście z bolesną świadomością, że
kochanka ze mnie może namiętna, ale i zdradliwa. Połaziłam nad Odrą mając głęboko
w poważaniu mafię sandaczową. Oczywiście kilka razy prawie zginęłam pod kołami
jakiegoś elementu jeżdżącego nie patrząc na nic, ale mniejsza. Bez ryzyka nie
ma zabawy. Niestety, pęcherz randkę przerwał, wróciłam do domu.
Gdzie nie czekała na mnie kolacja przy świecach.
Także dzień uważam za jeden z najchujowszych w roku, choć dopiero
środek lutego. Nie mam co jeść, nie wiem czy jest sens jeść, jestem genetycznie
obciążona i niezdolna do nie bycia wielorybem. Moje ciało doprowadza mnie do
konwulsji z obrzydzenia i nic na to nie poradzę. Nigdy w życiu nie miałam wewnętrznej
potrzeby zmiany i silnej woli. Zdolność mojego mózgu i jestestwa do
odnalezienia się w aktualnych warunkach jest podziwu godna. Do perfekcji
opanowałam sztukę zadowolenia ze stanu bieżącego i w mojej naturze nie leży dążenie
do zmian. Po prostu nie. Obiektywnie uznaję, że jestem paskudnym potworem i nie
ma prawa zaprzeczyć temu nikt, kto nie widział mnie nago. W zasadzie jak się nad
tym nie zastanawiam, czego bynajmniej nie robię obsesyjnie, to mnie to
dokumentnie jebie. Jednakże naznaczyło mnie inne spaczenie i i tak jestem w ciężkim
szoku, że zdołałam zrobić ze sobą aż tyle. Oczywiście, że to dobrze. To zajebiście
i w ogóle cool. To nie skarga, nie narzekanie. To refleksja. A od refleksji dziś
się roiło, oj roiło. Dawno nie było mi tak przykro z powodów tak skrajnie
absurdalnych, więc miały prawo mnie najść najrozmaitsze przemyślenia. Absurdalnych
powodów nie wyjawię, bo nikogo nie powinny one obchodzić. Jak widać 14 lutego może być skrajnie beznadziejnym dniem, nawet jak się jest szczęśliwie i bez pamięci zakochanym. Jestem dowodem.
Walentynki były chujowe. Są chujowe. I tyle.
środa, 19 stycznia 2011
Something stupid
Nie mam bladego pojęcia, czemu ci durni ludzie zachwycają się
dukanowymi potrawami. Drożdżówki, chleb, placuszki, naleśniki — wszystko
smakuje jak papier. Oczywiście może mieć z tym coś wspólnego moja ułomność i niedorozwinięcie
kulinarne, albowiem Doroty placki i ciasteczka są wręcz obłędne. Będę musiała
przyjść z pokorą i prosić o nauki, inaczej skapituluję w końcu.
Okazuje się, że bardzo dziwnie żyć myśląc albo o tym, że już
jutro warzywa, albo: dzisiaj warzywa! Bardzo prawdopodobne, że przedawkowałam
karoten i dziwię się, jakim to cudem jeszcze nie jestem pomarańczowa.
Bardzo krępujące jest też odwiedzanie ludzi, u których nawet
napojów się napić jak człowiek nie można, bo jakimś niepojętym dla mnie
sposobem nikt nie posiada czegoś takiego jak słodzik. W moim domu cukru używa
tylko mój brat i ukochany mężczyzna. Chodzenie w gości i wyjmowanie z torebki słodzika
może być w pewnych kręgach uznane za objaw złego wychowania, ale chyba machnę na
to ręką. Na pewno w sobotę, kiedy to zrobię wiochę przed całą rodziną na
urodzinach mojej chrześnicy. Będzie pewnie megadobre żarcie, którego nie będę mogła
dotknąć, więc liczę choć na herbatę lub kawę — gorzkich do ust nie wezmę. Ciężkie
jest życie człowieka, który ma w genach zakodowaną wielką dupę.
Sesja coraz bliżej, więc bardzo rozsądnie już się do niej
przygotowuję. Jako jedna z niewielu osób na roku(bo wiem o 2 niepewnych poza mną)
zamierzam zdawać Lema, który to wykład prowadzi człowiek proponujący 3 za nic. Ja
3 gardzę, Lema lubię, więc mam ochotę się naumieć. Mam ambicję przeczytać chociaż
„Głos Pana” — pdf już ściągnięty. Ponadto oczekuję na sześćsetstronicową księgę
o FACECJI, jedynym oryginalnym gatunku na egzaminie z szanownym prof. Skwarą. Moje
drogie współstudentki za mnie opracowują teorię kultury, językoznawcze skrypty
mam, na antropologię czytam, więc nie jestem w czarnej dupie jak to zazwyczaj
bywało. Liczę na ferie od 3 lutego. Łi.
Strefa Kobiet rozwija się prężnie, więc jestem zadowolona.
Z przerażeniem za to stwierdziłam, że najprawdopodobniej w życiu
nie odniosę sukcesu zawodowego. Ja, osoba ewidentnie na poziomie mocno
przekraczającym przeciętność, skończę jako marny podrzędny pracownik zarabiający
średnią pensję. Tragedia. Wybitne umysły powinny zajmować wysokopłatne
stanowiska jako wyraz uznania dla ich światłości oraz rekompensatę za straty
moralne jakimi jest konieczność przebywania w otoczeniu tępej masy społecznej. Niestety,
ścieżka, jaką obrałam pieniędzy nie przyniesie, może za to wyprać mnie z
energii i rzucać mną po świecie, jeśli miałabym się przebić gdziekolwiek wyżej.
To w grę nie wchodzi — priorytetem moim jest przebywanie jak najczęstsze w
towarzystwie ukochanego mężczyzny, co komplikuje sprawę na wiele sposobów — robienie
takiej kariery odpada, a generalnie to pojęcia nie mam, gdzie ta miłość mnie pośle
— równie dobrze mogę wyśmiać moje zachłanne wizje kariery i już zastanawiać się
nad tym jak po angielsku jest płyn do mycia naczyń.
Książki nie napiszę, bo jestem spaczeńcem, który zaczyna i
nie kończy. Sprzyjają mnie krótkie formy wypowiedzi, szumnie mogę je nazwać felietonami
i innymi prasowymi pierdołami. Oczywiście, może dojrzeję jeszcze do tego, żeby
się pokusić o stworzenie arcydzieła literatury pięknej, ale większych nadziei
na to nie mam.
Rozważałam pracę chociażby w wydawnictwie. Nie wiem w ogóle
czy mam prawo rozważać cokolwiek jak niczego nie wiem.
W ogóle lepiej się zamknę i wrócę do książek.
wtorek, 28 grudnia 2010
News Feed
Co u mnie? Dupa boli mnie od siedzenia. Kupiłam milion książek, a miałam kupić mniej, kupić piżamę oraz marynarkę. A właśnie zaczęły się przeceny i będę ślinić się do kolejnych butów lub kiecki. Pani, której dziecięciu udzielam niepotrzebnych korepetycji, milczy, co pozwala mi mniemać, że budżet mój w magiczny sposób się nie powiększy. Pracy zarobkowej zacznę szukać po otrzymaniu nowego planu. A jeśli już o planach mowa, nie wiem, jakie są moje na czas większy niż pół roku i czasem odczuwam dyskomfort z tym związany. W planach również mam bardzo podniosłe eventy — skorzystanie z promocji na loty Szczecin-Barcelona oraz z wielkiego napalenia się na Paryż. Nie wspominając o pewnym zapisaniu się na pewne rzeczy, bo jak zadżinksuję, to będzie źle. Przede mną wciąż 8 stron o Skardze oraz recenzja mgr. Nie wspominając o sesji, suto okraszonej egzaminami. Przede mną też 1100zł na szczękę, bo jestem stomatologicznym ewenementem i nie wiadomo jak mi się zrobiło zło, które należy naprawić poprzez przeszczep kości warchlaczej w dziurę w mej własnej pomiędzy dolną lewą szóstką i siódemką. A to wszystko w moich bólach odkryte było dzień przed Wigilią(hej, pamiętacie, kiedy miałam operację na rzepkę? racja - dokładnie 2 lata wcześniej). Coraz częściej bolą mnie kolana, więc się nie mogę ruszać, nawet jeśli bym chciała. Od 1 stycznia będę na Dukanie, więc w końcu będę szczupła. Co za tym idzie, muszę skorzystać z wymówki, że jestem jeszcze tłustym pasztetem i pożreć 31 grudnia sto kawałków pizzy. Dostałam propozycje sylwestrowe. Liczba mnoga. Nie jestem tak skrajnie antisocial. A i tak zostaję w domu z rodzicami oraz mężczyzną osobistym mym. Brat wychodzi, więc wielce prawdopodobne, że mój osobisty mężczyzna będzie grał w Metala. Czasem czytam, rzadziej piszę, częściej siedzę na fejsie, ściągam kolejne seriale i najczęściej gram w pająka. Nudy. Ale mi dobrze, tak bardzo dobrze. A teraz czas ścielić i iść do Żaby po twaróg — dzisiaj na obiad leniwe.
Another Holy War
Szablonowe vendetty irytują mnie coraz bardziej. Już dawno
stwierdziłam, że takie ogólnikowe ujadanie na rzeczywistość doskonałe jest dla zbuntowanych
gimnazjalistów. Więc jeśli czytam te ckliwe frazesy o ludziach, którzy czują się
nierozumiani przez świat, nie mogą znaleźć miejsca w rzeczywistości, nie wiedzą,
kim są, czego chcą etc., etc. — śmiech mnie ogarnia. Większość tych
dramatycznych lemurów nie wie, co znaczy mieć przejebane życie. Piszą swoje
tragedie z finezją sześciolatka, marudzą, żeby marudzić i myślą, że oni jedyni
na świecie znajdują się w sytuacjach bez wyjścia.
I've got news for you — jesteście w błędzie.
Irytuje mnie też niewymownie wielka krucjata przeciwko takim
zjawiskom jak dresy czy tępe laski, jak zachowania znane z demotywatorów.
I've got another news for you — nie zbawisz świata za pomocą swoich
wypisów.
Zwłaszcza, jeśli znasz je z internetowych witryn. Zwłaszcza,
jeśli nie dotyczą środowiska, w którym się obracasz. A jeśli dotyczą — zmień towarzystwo.
To nie fizyka kwantowa. Zaczął mi przeszkadzać fałsz i zakłamanie — przestałam
chodzić na party, na których doświadczałam uroczego lizania dupy, a potem te
czekoladowe noski obserwowałam jak na swoje „przyjaciółeczki” psy wieszają. Przestałam
angażować się w relacje, rozmawiać z ludźmi na siłę, szukać towarzystwa. Przestało
mi przeszkadzać, że z nikim nie rozmawiam w tramwaju i na przystanku, bo nie
mam ochoty prowadzić dyskusji z ludźmi, których nie lubię, z którymi nie mam
wspólnych tematów. (Hej, ukryty komplement w stronę tych, z którymi rozmawiam.)
Przestałam wysyłać do wielu z nadzieją, że ktoś odpowie. Przestałam mieć nadzieję,
że ktoś zauważy, że jestem smutna i zła — gdy jestem i potrzebuję uwagi, idę do
kogoś, żeby mu o tym powiedzieć. Przestałam czekać, aż osoby, na których mi zależy
spełnią swoje obietnice i się odezwą. A co za tym idzie — przestało mi na nich
zależeć.
Jesteś panią/panem(gender!) swego losu, możesz żyć jak
chcesz. Możesz usunąć ze swojego życia wszystkie denerwujące cię osoby, oczywiście
poza tymi, z którymi pracujesz(jeśli zmienisz pracę, zmienisz ludzi wkurwiających
na innych ludzi wkurwiających, nie miejmy złudzeń) lub się uczysz. Brzmi to jak
największy banał, ale największe banały mają cholernie dużo prawdy w sobie: Twoje
życie jest w Twoich rękach. I tylko twoja sprawa, czy coś z tym zrobisz, czy
nie.
Bo życie wcale nie jest skomplikowane, jeśli go nie komplikujesz
siłę.
środa, 10 listopada 2010
I know it won't be easy
Muszę napisać milion rzeczy, a nie chce mi się patologicznie. Choć tylko jedna z nich przyprawi mnie o krwotok z oczu i zgąbczenie mózgu, bo kto normalny jarałby się perspektywą analizy i interpretacji jednego z kazań Skargi? Po pierwszym roku myślałam, że mi się upiekło i ten pieprzony kaznodzieja nie zaburzy mojego umysłu nigdy. Jednak na IV roku powrócił i tym razem nie ma rady, muszę przeczytać tę straszliwą rzecz i napisać o niej dobrą pracę. Nie napiszę, co mi się chce, jak o tym myślę. Reszta wcale przyjemna, bo jedna o mojej magisterce, którą kocham, druga za pieniądze. Nic nie sprawia mi takiej przyjemności jak dostawanie pieniędzy za coś, co napiszę.
Pożądam w trybie natychmiastowym książki Izy Filipiak, ale nie ma jej w empiku, na allegro i księgarniach wysyłkowych. Szlag jasny mnie trafił, albowiem z Izą Filipiak będę miała w poniedziałek warsztaty literackie i bardzo chciałabym mieć książkę, którą ona mogłaby podpisać. Nie mam pojęcia jak w dzisiejszych czasach funkcjonują zwyczajne księgarnie. W moim odczuciu do księgarni człowiek chodzi tylko w celu zakupienia podręcznika do szkoły, więc nie jestem pewna czy mają w ogóle takie cholerne białe kruki, które ukoiłyby mą zmąconą duszę i umysł. Pewnie będę musiała poczekać na wznowienie, jak w przypadku Eine kleine. Jutro jest jakże wspaniałe i równie niepożądane w tej chwili przeze mnie Święto, więc wszystko dla osób kulturalnych i łaknących wyższej rozrywki intelektualnej będzie zamknięte, najpewniej na cały weekend, więc mam czas tylko dzisiaj. Jestem bliska kradzieży z biblioteki. No bo przecież nie wydrukuję cholernego pdfa i jej nie podsunę żądając dedykacji.
Wczoraj poirytowałam się, uświadomiwszy sobie, że mój wielki, skrywany przed światem plan najpewniej został zdeptany, gdyż moje zamiary bynajmniej nie emanowały oryginalnością i ktoś już poszedł tą drogą. Szlag mnie trafił z miejsca i jasna cholera, bo, świadoma absurdalności tego przeświadczenia, uważałam to za moją predestynację, że to ja właśnie mam do tego jedyne prawo. A ktoś, cholera wie, czy świadomie, podpieprzył pomysł. Marzenia się walą i jest mi przykro szalenie. Oczywiście mogę być przewrażliwiona, ale przez 2 lata czeka mnie megarajd po pozycjach mnie interesujących i wybadam, czy sytuacja jest tak tragiczna, jak sądzę.
Jeśli tak, samam sobie winna.
piątek, 22 października 2010
Gdybym tylko
wiedział
że aby tworzyć sztukę
potrzeba
nie treści, lecz
zdań prostych
oddzielanych
pustym
wierszem...
by Lamer
|