|
|
Blog > Komentarze do wpisu
Oczywiście — Walentynki
Oczywiście, Walentynki wedle swej niespisanej definicji, musiały być uberchujowe. Ultrachujowo się zaczęły, przebiegały, z minuty na minuty były gorsze i kończą się obecnie wcale nie lepiej. Co prawda już odpuściły wszystkie możliwe negatywne emocje, które dzisiaj towarzyszyły memu jestestwu, jednak na ich miejsce wskoczyła obojętność tak lodowata, że pogoda za oknem może jej naskoczyć. Jebie mnie wszystko dokumentnie. Zaczęło się od tego, że, jak to również bywa w Walentynki, zostałam wyruchana. Dogłębnie, mocno i brutalnie. Zostałam wyruchana przez dr. Dukana. Zaufałam temu skurwysynowi, choć przecież doskonale wiem, że wszystko, co francuskie jest marne. Jak widać, zaćmienia mózgu zdarzają mi się nieustannie. Zwalę więc na owo zaćmienie. Z końcem lutego skończę tę żałosną zabawę. Traf chciał, że ów gwałt, bo o dobrowolnym stosunku nie ma tu mowy, zadziałał jako swoisty napęd i zafundował mi takie kurwa przeżycia, że nie mogłam oddać się nawet wyjątkowo bezmyślnym czynnościom jak oglądanie seriali. Nie mogłam skupić się na wyjątkowo wciągającej książce, wciąż we łbie mi krzyczały szalenie pochmurne myśli i nie było rady — zima, nie zima, wiatr, mróz, zbliżający się mrok nieistotne — wyszłam z domu, bo kurwa nie mogłam. Wstrząsnęła mną lawina negatywnych emocji skierowanych we wszystkie możliwe strony, głównie zaś w kierunku mnie samej. Zjebałam się od góry do dołu i pierwszy raz w życiu podczas spaceru ani razu nie pogalopowałam wyobraźnią niesiona przez fantazję, tylko robiłam staranny rachunek sumienia, żal za grzechy i doszłam do tego, że brak mi pomysłu na poprawę. Kolejny raz szlag ciężki mnie trafił, że nie mam komu się wygadać, bo Bogu dzięki jestem mądrzejsza o świadomość, że każde słowo zostanie bez wątpienia obrócone na moją solidną niekorzyść, gadałam więc do siebie. Autentycznie szłam i na głos wyrażałam, co mi leży na sercu. Oczywiście upewniwszy się, ze nikt mnie nie słyszy. Krocząc tak wybrałam się na randkę z miastem. Bo jak już Walentynki idą pełną parą, to nie szkodzi ich dopełnić i randką. Przełaziłam więc parku, odwiedziłam Zamek(kolejna refleksja), oczyma duszy wysadziłam ładogę kulą z zamkowej armaty, polazłam oczywiście na Łasz i pośpiewałam sobie, że kocham Szczecin jak żadne z innych miast. Oczywiście z bolesną świadomością, że kochanka ze mnie może namiętna, ale i zdradliwa. Połaziłam nad Odrą mając głęboko w poważaniu mafię sandaczową. Oczywiście kilka razy prawie zginęłam pod kołami jakiegoś elementu jeżdżącego nie patrząc na nic, ale mniejsza. Bez ryzyka nie ma zabawy. Niestety, pęcherz randkę przerwał, wróciłam do domu. Gdzie nie czekała na mnie kolacja przy świecach. Także dzień uważam za jeden z najchujowszych w roku, choć dopiero środek lutego. Nie mam co jeść, nie wiem czy jest sens jeść, jestem genetycznie obciążona i niezdolna do nie bycia wielorybem. Moje ciało doprowadza mnie do konwulsji z obrzydzenia i nic na to nie poradzę. Nigdy w życiu nie miałam wewnętrznej potrzeby zmiany i silnej woli. Zdolność mojego mózgu i jestestwa do odnalezienia się w aktualnych warunkach jest podziwu godna. Do perfekcji opanowałam sztukę zadowolenia ze stanu bieżącego i w mojej naturze nie leży dążenie do zmian. Po prostu nie. Obiektywnie uznaję, że jestem paskudnym potworem i nie ma prawa zaprzeczyć temu nikt, kto nie widział mnie nago. W zasadzie jak się nad tym nie zastanawiam, czego bynajmniej nie robię obsesyjnie, to mnie to dokumentnie jebie. Jednakże naznaczyło mnie inne spaczenie i i tak jestem w ciężkim szoku, że zdołałam zrobić ze sobą aż tyle. Oczywiście, że to dobrze. To zajebiście i w ogóle cool. To nie skarga, nie narzekanie. To refleksja. A od refleksji dziś się roiło, oj roiło. Dawno nie było mi tak przykro z powodów tak skrajnie absurdalnych, więc miały prawo mnie najść najrozmaitsze przemyślenia. Absurdalnych powodów nie wyjawię, bo nikogo nie powinny one obchodzić. Jak widać 14 lutego może być skrajnie beznadziejnym dniem, nawet jak się jest szczęśliwie i bez pamięci zakochanym. Jestem dowodem. Walentynki były chujowe. Są chujowe. I tyle.
poniedziałek, 14 lutego 2011, be-ironic
|