Blog > Komentarze do wpisu
Something stupid

Nie mam bladego pojęcia, czemu ci durni ludzie zachwycają się dukanowymi potrawami. Drożdżówki, chleb, placuszki, naleśniki — wszystko smakuje jak papier. Oczywiście może mieć z tym coś wspólnego moja ułomność i niedorozwinięcie kulinarne, albowiem Doroty placki i ciasteczka są wręcz obłędne. Będę musiała przyjść z pokorą i prosić o nauki, inaczej skapituluję w końcu.

Okazuje się, że bardzo dziwnie żyć myśląc albo o tym, że już jutro warzywa, albo: dzisiaj warzywa! Bardzo prawdopodobne, że przedawkowałam karoten i dziwię się, jakim to cudem jeszcze nie jestem pomarańczowa.

Bardzo krępujące jest też odwiedzanie ludzi, u których nawet napojów się napić jak człowiek nie można, bo jakimś niepojętym dla mnie sposobem nikt nie posiada czegoś takiego jak słodzik. W moim domu cukru używa tylko mój brat i ukochany mężczyzna. Chodzenie w gości i wyjmowanie z torebki słodzika może być w pewnych kręgach uznane za objaw złego wychowania, ale chyba machnę na to ręką. Na pewno w sobotę, kiedy to zrobię wiochę przed całą rodziną na urodzinach mojej chrześnicy. Będzie pewnie megadobre żarcie, którego nie będę mogła dotknąć, więc liczę choć na herbatę lub kawę — gorzkich do ust nie wezmę. Ciężkie jest życie człowieka, który ma w genach zakodowaną wielką dupę.

Sesja coraz bliżej, więc bardzo rozsądnie już się do niej przygotowuję. Jako jedna z niewielu osób na roku(bo wiem o 2 niepewnych poza mną) zamierzam zdawać Lema, który to wykład prowadzi człowiek proponujący 3 za nic. Ja 3 gardzę, Lema lubię, więc mam ochotę się naumieć. Mam ambicję przeczytać chociaż „Głos Pana” — pdf już ściągnięty. Ponadto oczekuję na sześćsetstronicową księgę o FACECJI, jedynym oryginalnym gatunku na egzaminie z szanownym prof. Skwarą. Moje drogie współstudentki za mnie opracowują teorię kultury, językoznawcze skrypty mam, na antropologię czytam, więc nie jestem w czarnej dupie jak to zazwyczaj bywało. Liczę na ferie od 3 lutego. Łi.

Strefa Kobiet rozwija się prężnie, więc jestem zadowolona.

Z przerażeniem za to stwierdziłam, że najprawdopodobniej w życiu nie odniosę sukcesu zawodowego. Ja, osoba ewidentnie na poziomie mocno przekraczającym przeciętność, skończę jako marny podrzędny pracownik zarabiający średnią pensję. Tragedia. Wybitne umysły powinny zajmować wysokopłatne stanowiska jako wyraz uznania dla ich światłości oraz rekompensatę za straty moralne jakimi jest konieczność przebywania w otoczeniu tępej masy społecznej. Niestety, ścieżka, jaką obrałam pieniędzy nie przyniesie, może za to wyprać mnie z energii i rzucać mną po świecie, jeśli miałabym się przebić gdziekolwiek wyżej. To w grę nie wchodzi — priorytetem moim jest przebywanie jak najczęstsze w towarzystwie ukochanego mężczyzny, co komplikuje sprawę na wiele sposobów — robienie takiej kariery odpada, a generalnie to pojęcia nie mam, gdzie ta miłość mnie pośle — równie dobrze mogę wyśmiać moje zachłanne wizje kariery i już zastanawiać się nad tym jak po angielsku jest płyn do mycia naczyń.

Książki nie napiszę, bo jestem spaczeńcem, który zaczyna i nie kończy. Sprzyjają mnie krótkie formy wypowiedzi, szumnie mogę je nazwać felietonami i innymi prasowymi pierdołami. Oczywiście, może dojrzeję jeszcze do tego, żeby się pokusić o stworzenie arcydzieła literatury pięknej, ale większych nadziei na to nie mam.

Rozważałam pracę chociażby w wydawnictwie. Nie wiem w ogóle czy mam prawo rozważać cokolwiek jak niczego nie wiem.

W ogóle lepiej się zamknę i wrócę do książek.

 

środa, 19 stycznia 2011, be-ironic